Wyzwania dietetyczne
Październik 2015

A po co mi w ogóle ten blog?

Skąd pomysł na stworzenie tego miejsca?

Jako kobieta po 30-stce (jak to brzmi!), która po pojawieniu się dzieci na świecie, kilkukrotnie próbowała (chciała – ale raczej bez przekonania, bardziej z musu, a początkowo też pewnie z chęci uwolnienia się od domu) wrócić na rynek pracy do tzw. normalnej pracy (w domyśle – 8 h w biurze), w tym roku dopuściłam w końcu do siebie i oswoiłam się z myślą – stara, Ty się już do „normalnej pracy” nie nadajesz!

„Koniec kropka pe.el” – jak to mawia Agatka :)

I nie, nie traktuję tej myśli jako wymówki do nic nie robienia. Choć w tym roku był długi czas kiedy dałam za wygraną i pogodziłam się z myślą – ok, widocznie teraz jest czas „strategii na męża” (jak to podsumował jeden z moich znajomych). Pogodzenie się z tym faktem jednak nie bardzo mi wychodziło, ponieważ ciągle gdzieś z tyłu głowy grzmiało: Jak to! Ty! I co będziesz już „tylko” matką i żoną swojego męża? Jak teraz na tym staniesz to nie wierz, że za kilka lat to się samo odmieni.

I mimo tłumaczenia sobie, że widocznie tak ma być wiedziałam, że ta perspektywa będzie powodowała, iż będę się po prostu dusiła. Jeśli będę się dusiła to będę niespełniona, sfrustrowana, wkurzona, zła na świat, wiecznie niezadowolona i tak dalej…

Przypuszczam, że proces myślenia nad tym „co teraz?” uruchomił się u mnie dzięki przykładom kilku koleżanek, które są aktywne zawodowo (nie, nie pracują w normalnej pracy), robią to co lubią, wychodzi im to co raz lepiej, a co za tym idzie – zarabiają na tym co lubią robić. Są raczej na etapie początkowym więc do spełnienia i zarobków o jakich marzą mają jeszcze długą drogę, ale na pewno są bliżej tego spełnienia niż ja pod koniec 2015 roku. I idą dalej, mimo przeszkód, mimo ograniczeń, mimo dzieci, mimo hejterów, mimo zmęczenia i wszystkich mimo, które na co dzień tak nam potrafią dokuczać.

Zaczęłam zatem analizować.

Co aktualnie najbardziej lubię robić i co sprawia mi największą frajdę, przyjemność, co mnie jara i co mogę robić i robić i robić i w następne dni również do tego z chęcią wrócić. I wyszło, że to sport. A dokładniej – CrossFit, z którym przygodę rozpoczęłam niespełna 2 lata temu (w grudniu 2013 r.).

Ponieważ niedawno nie tylko decyzje dotyczące sportu zostały podjęte, a ja nie widzę siebie jako kolejnej fit mamuśki, która będzie skupiała się na motywacji innych (tak, ale jako dodatek, a nie główny cel), postanowiłam, że na blogu znajdą się również tematy, które od dłuższego czasu u nas się przewijają, a ostatnio weszły na wyższy poziom i są już codziennością.

Doskonalę zdaję sobie sprawę, iż połączenie: sport (głównie CrossFit), edukacja domowa, (zdrowa) dieta eliminacyjna i rodzicielstwo, to niezła mieszanka i nie każdy się w niej odnajdzie, ale skoro te drogi pod prąd są naszą codziennością, to może część z Was widząc, że łączenie tego jest możliwe zainspiruje się do podjęcia decyzji, czy zmian przynajmniej w niektórych dziedzinach swojego życia.

Z perspektywy moich planów sportowych, wbrew pozorom, wszystkie te ww. elementy łączą się ze sobą i pasują do wizji, którą chcę zrealizować w perspektywie najbliższych 2 lat (a może krótszej). 

Najwyższa pora, aby odpowiedzieć na tytułowe pytanie.

Wrzesień i październik 2015 r. to u nas między innymi:

Decyzja o pójściu za swoją sportową pasją, pomimo… wszystko.

Początek obowiązkowej edukacji (poza)szkolnej Tomka.

Ciąg dalszy wyzwań dietetycznych

I z tej mieszanki naszej codzienności wyszło mi, że warto zapamiętać to co się teraz i niebawem będzie działo, ponieważ te nowe etapy otwierające się właśnie w naszym życiu są bardzo ważne. Jak każdy rodzic wiem, że pamięć jest bardzo ulotna. Szukając strategii na zaspokojenie tej wewnętrznej potrzeby zapamiętania jak najwięcej, postanowiłam stworzyć swoje miejsce w sieci.

Blog wydał się tym co najbardziej sprosta moim oczekiwaniom.

Za blogiem pójdą również media społecznościowe – na początek „tylko” Facebook i Instagram. Jak ogarnę się z początkami tego wszystkiego, i jeśli tylko będę miała taką potrzebę, to pójdę krok dalej.

Dla jasności – tworząc moje miejsce w sieci wyszłam za założenia, że skoro je tworzę to chcę żeby było stworzone porządnie (jak nowy dom) i doskonale zdaję sobie sprawę, że w tematach internetowych również jeszcze wiele nauki i pracy przede mną. Nie mniej jednak, już teraz, z każdego kto tu trafi niezmiernie się cieszę więc jeśli jesteś moim gościem to serdecznie zapraszam Cię tu częściej i będę szczęśliwa jeśli coś z tego co tu przeczytasz zainspiruje Cię do podjęcia decyzji, pomoże, rozjaśni pewne tematy, da do myślenia, skłoni do napisania komentarza lub do polubienia.

Czy ja podołam tym wyzwaniom życiowo i w dodatku blogowo?

Nie wiem, ale po prostu zrobię to i sprawdzę co się stanie! :) 

  • Gratuluję decyzji i trzymam kciuki, bo marzenia warto spełniać nawet jeśli droga do nich jest długa i wyboista 😉 też jestem mamuśką, która postawiła na siebie oraz „nienormalną ” pracę. I choć nie zawsze jest kolorowo, a przede mną jeszcze wiele kroków do prawdziwego sukcesu, nie poddaję się tylko wciąż idę przed siebie.
    Z przyjemnością będę do Ciebie zaglądać 🙂
    Powodzenia :-*

    • Dziękuję za dobre słowa! Oczywiście zaglądnęłam i ja do Ciebie – piękne rzeczy tworzysz! Aż chce się wszystko od razu kupić! Polubiłam bez cienia wątpliwości 🙂

  • Powodzenia w realizacji swoich założeń , ja wierze że ci się uda . W życiu trzeba konsekwętnie sięgać po swoje marzenia , jeśli się to robi staje się właśnie inspiracjią dla innych . Tak trzymaj ,mnie już zainspirowałaś.

    • Dziękuję i cieszę się, że mogę być inspiracją dla kogoś u kogo na blogu (i w życiu pewnie też!) jest tak ciekawie 🙂

  • moi-mili.pl

    Marzenia się nie spełniają… Marzenia się spełnia! Super, że sięgasz po swoje. Od sportu dzieli mnie kawałek, chyba wciąż brak motywacji, a wymówką jest brak czasu. Ale uważne rodzicielstwo, dzieciństwo bez prądu i alternatywna edukacja (u nas Starszak póki co w przedszkolu demokratycznym) to bliskie mi historie. Będę do Ciebie zaglądać. I trzymać kciuki za powodzenie!

  • Ja po kilku próbach pracowania na etacie też doszłam do wniosku, że nie nadaję się do normalnej pracy, a na pewno nie nadaję się do spędzania 8h dziennie, 5x w tygodniu z innymi kobietami. Dostawałam szału. Teraz mam wymówkę – dziecko 😉 Ale mój narzeczony już od dawna mnie namawiał i wspierał, żebym zajęła się na poważnie też drugim dzieckiem – blogiem. Na razie ogarnianie 2 „dzieci” ciężko mi idzie. To organiczne wygrywa za każdym razem, ale może z czasem nauczę się ogarniać 🙂

    • Nie będę Ci pisać, że na pewno oboje ogarniesz tak samo dobrze jakbyś ogarniała etat 😉
      Ale z czasem na pewno ogarniesz w stopniu… hmmm
      zadawalającym? 🙂
      Ja już nieco przywykłam do tego, że nie ogarniam. Staram się jednak być dla siebie „dobrą” i wmawiam sobie, że ogarniam na tyle na ile w danym momencie potrafię.
      Dotyczy to oczywiście tak samo dzieci jak i bloga 🙂